1.8.14

Mój poprzedni post o muzyce się spodobał, mimo początkowych obaw, jakie miałam, więc postanowiłam pociągnąć temat dalej. Chciałabym Wam pokazać moją muzykę, która inspiruje mnie do przeróżnych działań i w ogóle sprawia, że jakoś bardziej chce mi się żyć. Jest to pierwszy post
z całej ich serii, naprawdę jest wiele do pokazania, bo poza ciężką muzyką słucham też elektroniki
i innych takich, pomyślałam, że mogłabym się tym wszystkim z Wami podzielić, a przynajmniej postarać się tego dokonać.

Specjalnie na potrzeby posta powstała playlista. Na dziś proponuję 14 utworów, które są dość... Zróżnicowane. Temat przewodni to metal ale jeśli nie przepadasz za taką muzyką – nie zrażaj się. Mimo wszystko jestem pewna, że znajdziesz tutaj coś dla siebie, chociaż pewnie raczej na końcu playlisty ;) Oto ona: http://www.youtube.com/playlist?list=PLDJZRL7JMc3U9l4w-X8OyIdgRJrf-sw-o


I nie myślcie sobie wcale, że to jest koniec posta! O nie, nie, ja dopiero zaczynam. Podczas gdy zaczyna się pierwszy utwór, a niepokojące brzmienie klawiszy napełnia Twój pokój, przedstawię Ci, dokąd Cię dzisiaj zabieram. Na samym początku dwa nastrojowe, acz niepokojące utwory, grane głównie na klawiszach. Kiedyś przy takiej muzyce (szczególnie Nadja & Vampilla) najlepiej mi się pisało. Nie zawsze byłam takim haha-tego-śmiesznym Łośkiem. Kiedyś pisałam opowiadania
i wiersze (zresztą nadal to robię, tyle, że rzadziej), których treść płynęła z najgłębszych czeluści mojej duszy. Do czeluści tej dorobiłam ostatnio ciężkie jak diabli wieko, więc nie uświadczysz tutaj takiej mnie, jaką przelewam na papier pisząc takie rzeczy. Uwielbiałam kiedyś meliny – chodzenie po gruzach, szkle, roztrzaskiwanie butelek na ścianach, roznoszenie starych sprzętów na kopach
i w końcu ta pamiętna randka, kiedy zrzuciłam z dachu stolik. To wszystko gdzieś tam w środku ciągle siedzi, tylko, że teraz jest zamknięte. Pisząc pewne opowiadanie, które nie da mi chyba spokoju do grobowej deski, musiałam pracować nad nim w nocy (im później, tym lepiej), ze zgaszonym światłem
i otwartym szeroko oknem. Widzieć noc, czuć noc i słyszeć tylko noc. Dokładnie ten klimat. Ale zamknijmy ten temat. Przenosimy się potem do delikatnego i zwiewnego świata piosenki „Closer”. Generalnie Anathema grała kiedyś naprawdę bardzo ciężką muzykę i nie chodzi tu tylko o brzmienie. Są takie odłamy muzyki metalowej, która jest również bardzo ciężka dla… jakby to określić, dla psychiki. Trudna w odbiorze, dołująca, a zarazem naprawdę narkotyczna. Tak grali kiedyś, jednak między metalowymi zespołami panuje jakaś dziwna i niezrozumiała dla mnie tendencja do stopniowego łagodnienia muzyki. Na przestrzeni lat stopniowo zelżyli brzmienie, przekaz pozostał niemal bez zmian, a wokalista nadal jest w stanie ryknąć na scenie growlem, ale dzięki zupełnie odmiennemu klimatowi, jaki teraz tworzą w swoich piosenkach inaczej się tego teraz słucha. Kolejna piosenka to utwór zespołu Katatonia, jednego z prekursorów doom metalu (którym to była również Anathema). Piosenka zaczyna się rzeczywiście nieco ‘katatonicznie’, ale te klawisze na początku
w porównaniu z tym co dzieje się po nich brzmią naprawdę urzekająco. Ogólnie cały album Discouraged Ones należy do moich ulubionych, ma niesamowitą atmosferę, naprawdę niepowtarzalną i magiczną. „For my Demons” to tak naprawdę również utwór Katatonii, zespół Shining zrobił tylko cover, ale fajnie brzmi i nie kaleczy oryginału. Shining też bardzo lubię. „Distrust” to jedna z tych piosenek, które chyba nigdy mi się nie znudzą. Kocham ją nad życie i zupełnie nie mam pojęcia dlaczego, ale bardzo kojarzy mi się z kolorem fioletowym. Po prostu. Może dlatego, że najintensywniej słuchałam jej
i całego tego albumu w tym okresie mojego żywota, na który przypadła ucieczka z domu na festiwal metalowy. Ogólnie przed wyjazdem spędziłam noc z koleżankami, a z samego rana, przed świtem wyruszyłyśmy na pociąg. Niewiele wtedy kontaktowałam, ale ten fioletowy wschód słońca do tej pory pamiętam doskonale. Chyba o to chodzi. My Dying Bride i Swallow the Sun to dwa naprawdę dobre zespoły doom metalowe, a pierwszy z nich to jeszcze jeden z prekursorów tego gatunku.
Z kolei obydwa te zespoły i jeszcze kilka z tych, które pojawiły się wcześniej znam dzięki mojemu znajomemu z Meksyku. Znamy się tylko z sieci, napisał do mnie kilka lat temu na facebooku i do tej pory zielonego pojęcia nie mam, skąd on mnie wytrzasnął, w każdym razie nadal pozostajemy
w kontakcie i uwielbiam z nim rozmawiać. Kiedy nasza znajomość się zaczynała byłam na etapie fascynacji nu metalowym KoRnem i tego typu zespołami. Paul pokazywał mi coraz to nowsze piosenki, każda kolejna była cięższa od poprzedniej. Nie mogę powiedzieć, że całkowicie zmienił mój gust muzyczny, bo słuchałam z przyjemnością tylko tych piosenek, które naprawdę mi się podobały, ale na pewno sprawił, że te moje gusta szybciej „dojrzały” do swojej obecnej formy. No i teraz zaczyna się nieco lżejsza i bardziej zwariowana część. Wybrałam piosenki, które można różnorako interpretować, żeby to przejście nie było od razu tak gwałtowne. Zespół System of a Down, to, mimo tego, że ostatnio słucham cięższej niż oni muzyki, moja wielka i prawdziwa miłość. Ten zespół jest moim zdaniem po prostu niesamowity, więc kiedy przyjechali do Polski po raz pierwszy od dziewiętnastu lat od razu wiedziałam, ze nie mogę przepuścić tej okazji. Nie bez przyczyny omijali nasz kraj szerokim łukiem – w roku 1995 przyjechali tutaj jako suport dla zespołu Slayer. Muzycy
z Systemu mieli wtedy jednak dość mocno niecodzienny wygląd, który fanom Slayera nie przypadł do gustu. Obrzucili ich butelkami, chlebem, no wszystkim co było w zasięgu ręki. Wokalista Serj pomyślał sobie, że nie będzie na nikogo krzyczał. Po prostu zeszli ze sceny. Myślę, że przyjechali
w dużej mierze dlatego, ze Serj koncertując po świecie ze swoim solowym projektem muzycznym zawitał i do Polski. Został bardzo ciepło przyjęty i być może to wpłynęło na decyzję muzyków. Nie wiem, mogę tylko gdybać. W każdym razie oprócz muzyki, ten zespół przyciąga mnie jeszcze jednym, całkiem dorodnym atrybutem. Atrybut to czarnooki gitarzysta Daron Malakian, który na scenie wyczynia cuda. Jestem w nim już od kilku lat szaleńczo zakochana, o czym wiedzą chyba wszyscy, włącznie z moim chłopakiem. Rzeczony chłopak na moje siedemnaste urodziny własnoręcznie zrobił dla mnie z drewna replikę gitary Darona. Jest to ciekawy Ibanez Iceman, ponieważ ojciec Darona jest malarzem abstrakcyjnym i ozdobił synowi dwie, czy trzy gitary. Na pewno jesteś jeszcze w trakcie słuchania zaproponowanej przeze mnie muzyki, jednak właśnie w tym miejscu należy wkleić kilka linków, które pokazałyby fenomen osoby Darona.





Makijaż wzorowany na oku udjat dopełnia sylwetki totalnego świra. Tak, koleś się maluje. Tak, zachowuje się jakby się naćpał. Tak, czasem macha gitarą albo kładzie się na scenie w trakcie grania. Tak, nie ma sześciopaku. Tak, kiedy zaczął koncertować samodzielnie ze swoim zespołem, to wyglądał jak Jezus. I wiecie co? W nosie z tym, bierę go. Wracając jeszcze do filmików, które podałam to mini-piosenka, śpiewana przez nich na koncertach wymiata i w ogóle to ich kocham.

Dwie ostatnie piosenki to utwory zespołu, którego nazwę sami tłumaczą na polski „Kwasożłopy”. Chodzi oczywiście o tanie wino, które zawiera w sobie związki siarki i ogólnie dużo różnych innych świństw, które zebrane do kupy z powodzeniem można nazwać kwasem. Ostatnia piosenka na playliście została też podłożona do filmiku z ubiegłorocznego przystanku Woodstock.

Wspominam o tym nie bez przyczyny. W środę wieczorem mam pociąg, który zawiezie mnie właśnie do Kostrzyna. Macie ochotę na relację lub jakieś filozoficzne przemyślenia z Brudstoku? Odpowiedzi w komentarzach, tymczasem żegnam się z Wami, jadę taplać się przez trzy dni w błocie :D
Wrócę,
Łosiek.

PS Apropo zespołu System of a Down, przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz – otóż dlaczego nie lubię Avril Lavigne. Cóż, może to stwierdzenie rozpęta gównoburzę, ale trudno. „Enjoy”



i oryginał:


Opublikowany 22:18 przez Lina Nastya

Brak komentarzy

29.7.14

Stworzenie puszystej, naturalnej fryzury w domowym zaciszu jest nie lada wyzwaniem. Okiełznanie niesfornych kosmyków często (szczególnie rano) wymaga wprawy i czasu. Jednak dzięki kilku praktycznym wskazówkom, za pomocą ulubionej suszarki i szczotki do włosów w mig i przy minimalnym wysiłku wyczarujesz gładką fryzurę o niewyobrażalnej objętości.



Jak przygotować włosy do suszenia?

Zanim zabierzesz się za suszenie, upewnij się, że myjesz włosy odpowiednim szamponem. Powinien usuwać nagromadzone na włosach kosmetyki, nie pozbawiając ich naturalnych olejków. Podczas mycia włosów największą uwagę poświęć cebulkom.

Po dokładnym spłukaniu kosmetyku, użyj odżywki na całej długości włosów. Aby upewnić się, że preparat jest rozprowadzony równomiernie na wszystkich partiach włosów, podziel fryzurę na dwie części. Następnie nałóż odżywkę na włosy, pomijając cebulki, i rozprowadzaj, przeczesując palcami kolejne pasma. Przed spłukaniem pozwól kosmetykowi przez kilka minut wsiąkać w strukturę włosa.

Delikatnie wysusz włosy chłonnym ręcznikiem. Aby zapobiec ich puszeniu się, przesuwaj ręcznik
w kierunku od cebulek do końcówek. Następnie za pomocą grzebienia rozprowadź na powierzchni wilgotnych włosów krem chroniący przed wysoką temperaturą. Jeżeli masz kręcone włosy, zamiast grzebienia użyj palców.

Jednym z najważniejszych elementów pięknej fryzury jest jej objętość. Najlepszym sposobem na jej uzyskanie jest użycie specjalnego preparatu zwiększającego objętość włosów. Jeżeli twoje włosy są cienkie, nałóż go u nasady, a następnie rozprowadź za pomocą grzebienia. Jeżeli masz włosy gęste, kręcone lub szorstkie, powinnaś zastosować serum przeciw puszeniu się włosów.

Jak suszyć włosy?

Suszenie rozpocznij od problematycznych partii włosów, gdy są one jeszcze mokre. Jeżeli masz problem z ułożeniem włosów u nasady, właśnie tam zacznij procedurę. Aby uniknąć puszenia, suszarkę powinnaś trzymać nad głową i kierować strumień powietrza ku dołowi. Susz poszczególne pasma o grubości ok. 5 cm – naciągaj je mocno, a uzyskasz większą gładkość włosów. Dobrym pomysłem jest użycie suszarki jonowej, która pomaga wygładzić łuskę włosa, nadając fryzurze zdrowy połysk.

Zabieg będzie dużo łatwiejszy, gdy podzielisz fryzurę na ok. 6 równych części. Podczas gdy skupiasz się na jednym paśmie, zabezpiecz resztę spinkami. Długie spinki „krokodylki” posłużą ci także do podpięcia wysuszonych pasm i nadania im określonego kształtu.

Na pewno zauważyłaś, że modelując twoją fryzurę, fryzjer używa kilku szczotek różnej wielkości. Tak samo powinnaś postępować w domu. Małą, okrągłą szczotką nadasz włosom objętość u nasady,
a dużą, płaską wygładzisz je na całej długości. Najlepiej używać szczotek z naturalnego włosia – nie szarpią one kosmyków tak mocno jak szczotki metalowe czy plastikowe.

Gdy włosy ochłoną, rozczesz je – w ten sposób sprawisz, że będą gładkie i lśniące. Niesforne kosmyki wygładź lakierem do włosów. Nałóż odrobinę serum nabłyszczającego na dłonie i rozprowadź, przeczesując włosy palcami.


Macie jakiś problem? Pytanie? Chetnie na nie odpowiem:)
Pozdrawiam,
Panna Cloud

Opublikowany 13:34 przez Ainalem Official

2 komentarzy

27.7.14

Była już Grecja, Turcja... Dziś przyszła kolej na Bułgarię. Przyznajcie sami - kraj ten znajduje się w ścisłej czołówce celów wakacyjnych podróży. Bliskość Morza Czarnego w niezwykły sposób przyciąga turystów. Czemu więc nie spróbować by nauczyć się podstawowych zwrotów języka bułgarskiego? W trzeciej już części "Wakacyjnego poligloty" opowiem Wam 
o tym jakże bliskim, a jednak dalekim naszej mowie, języku. 

Język bułgarski
Należy on do grupy języków słowiańskich 
i jest używany przez blisko 9 milionów ludzi. Oprócz rodzimej Bułgarii, można usłyszeć go także w Grecji, Macedonii, Mołdawii, Rumunii, Serbii, Turcji, na Ukrainie, a nawet w Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie. 

Choć jest językiem słowiańskim, tak naprawdę ma niewiele podobieństw z językiem polskim. Wpływ na to ma jego przynależność do bałkańskiej ligi językowej (wraz z językiem rumuńskim, albańskim, serbskim, macedońskim...). Posiada też liczne zapożyczenia z greki i turczyzny. Jedną z głównych, przyjemniejszych podczas nauki (tak, tak!) cech jest brak przypadków. Cechy nieprzyjemne to występowanie rodzajników czy dziesięć (!) czasów. Ciekawostką jest tryb nieświadka, używany podczas mówienia o czymś, czego nie byliśmy bezpośrednim świadkiem. 

Język bułgarski jest najstarszym językiem pisanym spośród języków słowiańskich. Jako jedyny język w Unii Europejskiej zapisywany jest cyrylicą (poza nim, alfabetu innego niż łaciński używa się 
w grece). 

Cechy charakterystyczne języka bułgarskiego
  • brak przypadków - rzeczowniki używane są jedynie w mianowniku, 
  • rodzajniki - rzeczownik znany i bliżej nieznany rozmówcy,
  • tryb nieświadka,
  • brak bezokolicznika - by go uzyskać, przed czasownikiem stawia się partykułę "да" (da), np. искам да чета - chcę czytać,
  • krótkie formy zaimków dzierżawczych - татко ми (tatko mi - buł. mój ojciec),
  • wpływ języka rosyjskiego - chodzi tu o literacką bułgarszczyznę; w XIX w. wyrazy pochodzenia tureckiego zastępowano odpowiednikami rosyjskimi,
  • według niektórych językoznawców język macedoński uważany jest za dialekt języka bułgarskiego.

Podstawowe zwroty w języku bułgarskim
Добро утро! (dobro utro) - Dzień dobry! (rano)
Добър ден! (dobyr den) - Dzień dobry! (popołudniu)
Добър вечер! (dobyr weczer) - Dobry wieczór!
Здрасти!/Здравей! (zdrasti/zdrawej) - Cześć!
Как се казваш? (kak se kazwasz) - Jak się nazywasz?
Казвам се... (kazwam se) - Nazywam się... 
Приятно ми е да се запознаем. (prijatno mi e da se zapoznaem) - Miło mi cię poznać.
Приятно ми е. (prijatno mi e) - Miło mi.   
Как си? (kak si) - Jak się masz?
Благодаря, добре съм, а ти? (blagodarja, dobre sym, a ti) - Dziękuję, dobrze, a ty? 
На колко години си? (na kolko godini si) - Ile masz lat?
На ... съм. (na ... sym) - Mam ... lat. 
Откъде си? (otkyde si) - Skąd jesteś? 
Аз съм поляк/полякиня (az sym poljak / poljakinja) - Jestem Polakiem/Polką.
Aз съм от Полша (az sym ot połsza) - Jestem z Polski. 
Приятен ден! (prijaten den) - Miłego dnia!
Mерси. (mersi) - Dziękuję. 
Моля. (molja) - Proszę.
Съжалявам. (syżaljawam) - Przepraszam (prosząc o wybaczenie)
Извинете (izwinete) - Przepraszam! (zaczepiając osobę nieznajomą)
Довиждане! (dowiżdane) - Do widzenia!
Чао! (czao) - Pa!
Доскоро виждане! (doskoro wiżdane) -  Do zobaczenia!   
Лека нощ! (leka noszt) - Dobranoc! (w skrócie "Лека" - leka)

Słówka, brzmiące tak samo jak w polskim, ale znaczące coś innego :)
 Wybrałam kilka moich ulubionych, więcej znajdziecie na blogu, z którego korzystałam. 

направо (naprawo) – prosto
гора (gora) – las
диня (dinja)– arbuz 
ягода (jagoda) – truskawka  
жито – pszenica
дупка (dupka) – dziura
карта (karta) – mapa (także w języku rosyjskim)
купа (kupa) – miska
диван (diwan) – kanapa (btw. tak samo jest w języku rosyjskim)
покривка (pokriwka) – obrus 
пушка (puszka) – strzelba
халка (halka) – obrączka 
жилетка (żiletka) – kamizelka
часовник (czasownik) – zegarek 
булка (bułka) – panna młoda

Moje spostrzeżenia na temat języka bułgarskiego? Ma bardzo miłe dla ucha brzmienie. Jego początkowa nauka jest naprawdę łatwa i przyjemna :) Dopiero kiedy zaczynamy się wgłębiać we wszystkie struktury gramatyczne, mamy przed sobą nie lada wyzwanie. Mimo to, bułgarszczyzna to ciekawa propozycja i mała odskocznia od "standardowych" języków obcych jak angielski, niemiecki czy hiszpański. Nie muszę też chyba już przekonywać, że znajomość podstawowego słownictwa przyda się podczas pobytu w Bułgarii.

Kto z Was jedzie do Bułgarii? Komu z Was spodobał się post? Proszę poinformować mnie o tym 
w komentarzu :)

W następnym tygodniu - język chorwacki :)

Доскоро виждане! Do zobaczenia!
Anastazja

Źródła:
1. ciotunia Wikipedia (standardowo na czele listy)

Opublikowany 22:08 przez Lina Nastya

3 komentarzy

Słyszeliście kiedyś o baton twirlingu? Jeśli nie, to żałujcie, bowiem jest to dyscyplina sportu absolutnie wyjątkowa. Niestety, nie cieszy się popularnością w naszym kraju. To, co wyczyniają twirlingerzy zasługuje na podziw i szacunek, kosztuje lata treningów, ćwiczeń, przygotowań, wymaga świetniej koordynacji, gibkości, elastyczności. W dzisiejszym poście postaram się Wam przybliżyć sport, na punkcie którego szaleją Amerykanie czy Japończycy.


O co chodzi w baton twirlingu?

Baton twirling polega na manipulacji metalowym prętem, nazywanego batonem. Łączy w sobie elementy gimnastyki artystycznej, tańca i akrobatyki. Najpopularniejszy jest twirling jednym batonem, ale są też i zawodnicy którzy używają dwóch czy nawet trzech. Choreografie wykonywane są do przeróżnej muzyki (klasycznej, elektronicznej) i łączą siłę, elastyczność, sprawność fizyczną, elegancję oraz umiejętnoścć pracy z batonem w jedną całość. Sport ten wymaga niezwykłej kontroli ludzkiego ciała, bowiem nawet minimalny błąd może uniemożliwić wykonanie danej figury. Elementy mogą być wykonywane z wykorzystaniem różnych części ciała bądź w powietrzu.

Gdzie baton twirling jest popularny?

Stany Zjednoczone oraz Japonia to zdecydowani liderzy w tej dyscyplinie sportu. Zarówno drużynowo, jak i indywidualnie oba kraje mają wspaniałe sukcesy na koncie. Także Francja wtrąca swoje trzy grosze podczas światowych mistrzostw. Oprócz Francji w Europie baton twirling uprawia się w Holandii, Czechach, Belgii czy Wielkiej Brytanii.

 Umięjętności dobrego twirlingera 

  • poczucie rytmu - podstawowa umiejętność, bez której nie da się uprawiać żadnej dyscypliny tanecznej. Choreografia musi być harmoniczne połączona
    z muzyką, a brak poczucia rytmu może to zaburzać.
  • utrzymanie doskonałej postawy ciała (wyprostowane plecy) -  postawa ciała wpływa na ogólne wrażenie artystyczne. Poza tym, jest ona niezbędna do prawidłowego wykonania danych elementów.
  • kontrola nad własnym ciałem (odpowiednio napięte mięśnie) - jak już wcześniej wspomniałam, nietrudno
    o popełnienie błędu, co równa się z niemożliwością wykonania odpowiedniego elementu, a to kosztuje utratę punktów przez zawodnika.
  • odporność na ból - tak, tak, treningi bywają bolesne! Źle wyrzucony w powietrze baton może być przyczyną siniaków, zadrapań, okaleczeń.
  • pamięć choreograficzna - dobry twirlinger w swoich choreografiach łączy elementy obowiązkowe z tymi, które opanował w stopniu doskonałym, tworząc przeróżne sekwencje.
  • brak strachu przed publicznymi występami - inaczej mówiąc: odporność na tremę.
  • im bardziej elastyczne ciało - tym lepiej! Dzięki temu można urozmaicić swój program
    o elementy gimnastyki czy akrobatyki.
  • skupienie - szczególnie ważne przy pracy z więcej niż jednym batonem. Bardzo często jego upadek decyduje o sklasyfikowaniu na danym miejscu podczas zawodów (różnice punktowe są niewielkie, wahające się między setnymi częściami)
  • cierpliwość - nauka elementów twirlingu wymaga także czasu! Dyscyplina rozwija się
    w niesamowitym tempie, a wraz z nią poziom umiejętności zawodników. 

Koniec teorii, teraz przejdźmy do praktyki! :) Poniżej prezentuję Wam kilka nagrań najlepszych twirlingerów mistrzostw świata, które odbyły się w 2012 roku.


  Tomoe Nishgaki, Japonia - mistrzyni świata seniorek 2012 

 Francja - drużynowi mistrzowie świata 2012


 Karrissa Wimberley, USA - 4. miejsce na MŚ 2012


 Keisuke Komada, Japonia - mistrz świata seniorów 2012


Ponownie Karrissa Wimberley - tym razem z dwoma batonami :)


Osobiście uwielbiam oglądać popisy twirlingerów. Jestem pod wielkim wrażeniem ich umiejętności
i tego, w jaki sposób opanowali technikę manipulowania batonem. Moim zdaniem dyscyplina ta jest trochę niedoceniana. Możliwe, że wiąże się to z jej dość krótką historią i tym, że nie jest ona lansowana przez media. A szkoda. Mam jednak nadzieję, że zyska na popularności i w przyszłości zostanie dołączona do programu igrzysk olimpijskich.

A co Wy sądzicie o powyższych występach oraz baton twirlingu? Jak myślicie, czy zasługuje ona na większe uznanie na świecie? Czy spotkaliście się wcześniej z czymś podobnym? :)

 Buziaki,
Anastazja

Źródła:
1. angielska ciotunia Wikipedia (bo nasza rodowita nie ma bladego pojęcia, że coś takiego jak baton twirling istnieje)
2. Youtube :D
3. a przede wszystkim doświadczenie własne

Opublikowany 14:44 przez Lina Nastya

3 komentarzy

26.7.14

Jeśli nie wiesz, jaki film obejrzeć lub zastanawiasz się, co jest godne polecenia - ten post jest właśnie dla Ciebie! W drugiej już części "Przeglądu filmów z Julls PL" dowiesz się, jakie filmy wywołały na moich rękach gęsią skórkę, które rozbawiły, a które trzymały w napięciu. Zapraszam do czytania!

Na wstępie muszę zaznaczyć, że ten przegląd owocuje w naprawdę dobre filmy!

1. Szepty


Reżyseria: Nick Murphy
Rok premiery: 2011
Gatunek: horror
Czas trwania: 1h 42min
W rolach głównych: Rebecca Hall, Dominic West, Imelda Staunton
Opis z Zalukaj.tv: Internatem dla chłopców z najbogatszych sfer w Rookford wstrząsa tajemnicza śmierć jednego z nich. Wszelkie racjonalne próby wyjaśnienia tej tragedii zawodzą. Uczniowie zaczynają opowiadać przerażającą historię o pojawiającym się duchu. Do szkoły zostaje wezwana Florence Cathcart (Rebecca Hall), która zajmuje się demaskowaniem fałszywych spirytystów, żerujących na naiwności osób wierzących w duchy. Według niej życie pozagrobowe nie istnieje. Testy, które zacznie przeprowadzać wymkną się jej spod kontroli. To, co zdarzy się później sprawi, że dziewczyna nie będzie już mogła z tego miejsca odejść... Co naprawdę wydarzyło się w Rookford?
Moja opinia: Kierowana sugestią przyjaciółki, stwierdziłam, że obejrzymy ten właśnie film. I, bądźmy szczerzy, przez większość czasu trzymałyśmy się za ręce ze strachu, że coś nagle wyskoczy lub coś jeszcze innego.
Nie będę owijać w bawełnę, bo jest to tu niepotrzebne. Pomysł na ten film był, jest tak dobry, że... Nawet gdyby nie był oznaczony etykietką "horror", i tak by się wybronił. W sumie, powiedziałabym, że to dramat psychologiczny, nie horror. Ale w dalszym ciągu jest to film dobry. Okej, fabuła ma sporo niedociągnięć, są wątki, które nie mają rozwinięcia, wyjaśnienia. Ale trzeba przyznać, że śliczna Rebecca Hall w roli głównej dała radę i "podratowała" produkcję.
Co mnie zaskoczyło, w tym filmie jedną z głównych ról stworzyła Imelda Staunton, którą wielu zna z roli okropnej Dolores Umbridge z ekranizacji Harry'ego Pottera. I choć była przekonująca, nadal nie lubię odgrywanych przez nią postaci, a przez to troszkę i samej aktorki. Niestety.
Podsumowując, film uważam za godny polecenia. Anglia w okresie międzywojennym to coś, co toleruję, a w niektórych przypadkach i lubię. Polecam fanom dramatów z dreszczykiem, można się wystraszyć! ;-P

2. Dom na końcu ulicy


Reżyseria: Mark Tonderai
Rok premiery: 2012
Gatunek: thriller
Czas trwania: 1h 41min
W rolach głównych: Jennifer Lawrence, Elisabeth Shue, Max Thieriot
Opis z Filmweb.pl: Sarah (Elisabeth Shue) i jej córka Elissa (Jennifer Lawrence – laureatka Oscara® za pierwszoplanową rolę kobiecą w filmie "Poradnik pozytywnego myślenia") odnajdują w małym, eleganckim miasteczku dom swoich marzeń. Po przeprowadzce do nowego miejsca zainteresowanie Elissy wzbudza sąsiadujący z nimi dom na końcu ulicy. Sarah i Elissa powoli odkrywają mroczą tajemnicę domu i miasteczka. Wiele lat temu młoda dziewczyna zamordowała w nim swoich rodziców. Sprawczyni nigdy nie została ujęta, a miejscowa legenda głosi, że od tamtej pory ukrywa się w okolicznym lesie. Wkrótce dochodzi do wstrząsających wydarzeń…
Moja opinia: Można by rzec, że obecność Jennifer Lawrence jest gwarancją niezłego filmu. I tu muszę się zgodzić. Jennifer jako Elissa była przekonująca, całkiem urocza w blond włosach i dość ciekawska. Ale to nawet okej.
Film zaczyna się morderstwem małżeństwa w domu na końcu ulicy. Dość straszna scena. Niedługo po przeprowadzce Elissa zaczyna interesować się owym budynkiem, który jest zamieszkiwany przez syna zmarłych małżonków, Ryana. Skrywa on mroczny sekret.
Na tym skończę swój opis. Film jest naprawdę... Dobry! Trzyma w napięciu, jest momentami naprawdę straszny. Przynajmniej dla mnie. Postać Ryana jest dla mnie odrobinę przerażająca od samego początku. Może to wina tego, że aktor - Max Thieriot - mówi, prawie nie poruszając ustami. Trochę to dziwne. Sama fabuła jest naprawdę ciekawa, nie takiego rozwinięcia akcji się spodziewałam. A ta rozwija się powoli i późno. Oprócz tego jest kilka scen typowych dla amerykańskiego kina - sceny bójek nastolatków, imprezowania...
Niestety, lekkim minusem dla filmu jest fakt, że są jego jakby dwie wersje. Wersja z lektorem jest różna od wersji z napisami. W jednej z nich są sceny, które znowu zostały wycięte z drugiej. To jest wada.


3. Project X


Reżyseria: Nima Nourizadeh
Rok premiery: 2012
Gatunek: Komedia
Czas trwania: 1h 28min
W rolach głównych: Thomas Mann, Oliver Cooper, Jonathan Daniel Brown
Opis z Zalukaj.tv: "Project X" to szalona komedia o przygodach grupki kolegów, którzy postanawiają zorganizować najbardziej wystrzałową imprezę urodzinową w historii. Film przedstawia widziane z perspektywy cyfrowych kamer przyjęcie zorganizowane przez nastolatków, które zupełnie wymyka się spod kontroli.
Moja opinia: Film obejrzany z nudów. Ciekawym pomysłem były ujęcia z kamer w telefonach czy postać ucznia szkoły, wynajętego jako kamerzystę na cały dzień. I więcej. Sami aktorzy nie byli jakoś super mega przekonujący, dialogi z dużą liczbą przekleństw momentami były żenujące, ale trzeba przyznać, że pomysł jest fajny! I został całkiem realnie zrobiony (przez pół filmu myślałam, że ta cała impreza i akcja naprawdę miały miejsce! Poważnie, nie byłam świadoma tego, że jest to wyreżyserowane). Trzeba przyznać, że jak patrzeć na to, jak wyrażają się dzisiaj nastolatkowie, dialogi są prawdziwe i nie wieje zbytnio fałszem. Momentami śmieszny, momentami głupi, żenujący. Ale to lekka amerykańska komedia i tego się trzymajmy! To ma być coś na odstresowanie, wyluzowanie. Żadne z tego dzieło zasługujące na Oscara. ;-P


4. Kocham cię, Beth Cooper

Reżyseria: Chris Columbus
Rok premiery: 2009
Gatunek: Komedia
Czas trwania: 1h 42min
W rolach głównych: Hayden Panettiere, Paul Rust, Jack Carpenter
Opis z Zalukaj.tv: W trakcie oficjalnego przemówienia uczeń jednego z amerykańskich liceów wyznaje miłość najpopularniejszej dziewczynie w szkole. Jeszcze tego samego wieczora zjawia się ona w jego domu, żądając, by udowodnił, że naprawdę ja kocha...
Moja opinia: Kolejna lekka komedia, obejrzana ostatnio na Polsacie. Bądźmy przy tym szczerzy! Pierwsze pół godziny (lub więcej) jest kiepskie. Na siłę śmieszne, wywoływało u mnie komentarze typu "Serio?", "Żenada", "Masakra"... Ale dopiero potem, im bliżej końca, wychodziło drugie dno tego na pozór durnego, lekkiego filmu. Przyznajmy też, że wyznanie Dennisa zawiera wiele prawdy. Ile osób chciałoby być na jego miejscu, mieć jego odwagę, by po latach życia w cieniu lub nawet poniżania publicznie wytknąć to wszystko i jeszcze z lekka przeanalizować? Wielu, tego jestem pewna. I ja również chciałabym być na tyle odważna, by powiedzieć trochę co niektórym, ale mniejsza z tym.
Myślę, że mogę z czystym sumieniem polecić ten film. Trochę przemyśleń, humoru i amerykańskiego kina nigdy nikomu nie zaszkodziło. :-P


5. Ja, Frankenstein

Reżyseria: Stuart Beattie
Rok premiery: 2014
Gatunek: Akcja, Fantasy
Czas trwania: 1h 32min
W rolach głównych: Aaron Eckhart, Yvonne Strahovski, Miranda Otto, Bill Nighy
Opis z Zalukaj.tv: Adam, potwór stworzony przez doktora Frankensteina, od ponad 200 lat żyje samotnie, kryjąc swoją tożsamość przed ludźmi. Obdarzony ogromną siłą i wytrzymałością, wytrenowany w sztukach walki, broni naszego gatunku przed zakusami istot rodem z najgorszych koszmarów. Nieoczekiwanie i wbrew swojej woli zostaje uwikłany w odwieczną wojnę pomiędzy dwoma klanami nieśmiertelnych. Obie frakcje chcą odkryć sekret jego zmartwychwstania, by dzięki niemu zdobyć kontrolę nad armią żywych trupów.
Moja opinia: Pomysł naprawdę fajny, moje klimaty, fabuła teoretycznie też. No i efekty specjalne - bomba! Co jest nie tak? Myślę, że zawinił schrzaniony scenariusz z drętwymi, wymuszonymi (moim zdaniem!) dialogami. Większość była nieciekawa. A szkoda, bo film miał potencjał. I choć premiera miała miejsce już jakiś czas temu, w tym roku, w Polsce nic o nim nie słyszałam.
Dodatkowo, fabuła momentami przypominała mi serię "Departament 19". Tyle że tam to ludzie walczyli z wampirami. Ale podobieństwo jest zauważalne.
Cóż mogę jeszcze napisać? Film ogląda się dość szybko, grafika i efekty specjalne są jak dla mnie "so good", wygląd potworów jest przekonujący i upiorny. I chyba wsio! Mimo dialogów, mogę polecić film. Tak po prostu, dla obejrzenia.
PS. Opis nie do końca pokrywa się z faktyczną fabułą!


Na tym zakończę moje wywody. Mam nadzieję, że zachęciłam lub całkiem znośnie/prawidłowo opisałam filmy. Podzielcie się propozycjami filmów na kolejny Przegląd! :)

Julls PL

Opublikowany 22:51 przez Julia Jaśkiewicz

2 komentarzy