Łosiowy niezbędnik:
- kawusia
- coś do ciamkania w międzyczasie
- dobra muzyka w tle
został skompletowany. Usiadłam do komputera w zgoła innym celu, ale pomyślałam o Całkiem Innym Blogu 
i wspomnienie to kazało otworzyć mi edytor tekstowy. W całym swoim Łosiowym nieogarnięciu dopiero niedawno zobaczyłam komentarze pod moim wpisem tutaj i właśnie to jest owo wspomnienie. Dla zupełnej jasności - zrobiło mi się dzięki Wam cieplutko na sercu, więc moja motywacja jest bardzo pozytywna. W głowie tłucze mi się kilka pomysłów na notki, więc "mam spokój" od wymyślania nowych tematów na jakieś kilka tygodni z góry. Problematyczna była tylko kwestia wyboru któregoś z nich. Pomyślałam jednak, że nasz blog jest nie tylko całkiem inny. On jest w dodatku całkiem nowy, więc tak naprawdę nie macie zielonego pojęcia o autorach tu publikujących, czyli o mnie - Łośku - też. Zamierzam odrobinę przybliżyć Ci moją personę, jednak nie tak znowu od razu, dzisiaj pokażę się z jednej konkretnej strony. Aha, kończąc ten krótki wstęp chciałabym zaznaczyć, że za ilość słów poniżej nie odpowiadam, a za długość posta przepraszać nie zamierzam :P

Na prawej ręce mam kilka rzeczy, od góry patrząc - kolorowa sznurówka, kredki świecowe i zęby. Ten temat chciałabym właśnie dzisiaj rozwinąć, a w szczególności zęby, ponieważ za zębami ostatnio szaleję. Do rzeczy. Dzisiaj spędziłam trochę czasu z moim chłopakiem, w pewnym momencie zachciało nam się pić. Przeglądając półki w sklepie bez przesadnego zainteresowania natrafiliśmy na coś, co w naszych oczach zasługiwało na każdą ilość uwagi. Frugo w dwupaku. Brzmi kiepsko? Frugo w dwupaku + kolorowe sznurowadła!!! Nadal nic? A nam to już wystarczyło. Właśnie to wydarzenie przypomniało mi, jak to wszystko właściwie się zaczęło. Trzy lata temu znalazłam w swojej szufladzie kolorowe sznurowadła. Jakoś tak nagle, zupełnie bez powodu, te sznurowadła zainspirowały mnie twórczo. Pomyślałam, że taka kolorowa kokardka na nadgarstku to byłoby coś. Zawiązawszy ją jednak w ten sposób nie poczułam się artystycznie spełniona. Wpadło mi do głowy, żeby tą sznurówkę urozmaicić odrobinę cytatami z moich ulubionych piosenek (o muzyce napiszę kiedy indziej). Akurat w tamtym okresie miałam fioła na punkcie zespołu System of a Down, ogólnie najbardziej podobał mi się ich pierwszy album, jednak piosenka, która tak bardzo wtedy nie dawała mi spokoju pochodzi z (chyba ich najbardziej znanej płyty) Toxicity, piosenka już mniej znana, bo zwykle wymieniane kawałki to tytułowe Toxicity i może jeszcze ATWA, a mnie najbardziej na świecie podobał się wtedy utwór o nazwie Needles. Drukowanymi literami napisałam żelopisem na sznurówce "MY TAPEWORM TELLS ME WHAT TO DO" i jeszcze kilka z tej i innych piosenek. Cytat, który przytoczyłam jest najważniejszy, ponieważ pomyślałam jeszcze o krok dalej i okazało się, że nagle sznurówka uosabia tasiemca, o którym mowa w piosence. Cała historia różnych metafor dla tej notki jest mało ważna, ważniejszy jest fakt, że to właśnie wtedy zaczęłam tworzyć. W tym momencie jest to dla mnie wieloznaczne słowo, jednak wtedy proces "tworzenia czegoś" utożsamiałam z pisaniem wierszy. Białych wierszy, mocno depresyjnych i ciężkich w odbiorze, jednak tak właśnie zaczynałam. Zresztą do tej pory czasem lubię taki wiersz skrobnąć. Później zajęłam się szkicowaniem, wtedy mi się podobało, ale teraz jest naprawdę niewiele moich starych prac, na które jestem w stanie patrzeć bez krzywego uśmiechu. Jakiś czas później zaczął się mój, trwający do dziś, związek i pewnego marcowego dnia olśniła mnie dość kiepska myśl. Otóż mój luby ma całkiem niedługo urodziny, a ja nie mam zielonego pojęcia, co mu dać. Gdybym nie była Łośkiem, to bym mu kupiła ładne perfumy i niech się cieszy. Ale to by było przecież za proste. No to po kilku dniach intensywnego dumania - wymyśliłam. Otóż dam mu własnoręcznie malowaną koszulkę. Nie było to wprawdzie dzieło sztuki, jednak właśnie ta koszulka przyczyniła się do tego, co robię dziś. Najprościej możnaby to określić jako DIY albo handmade, w zależności od upodobań. Prawda jednak jest taka, że maluję po wszystkim (koszulki, torby ekologiczne, poszewki na poduszki, męskie bokserki i różne inne takie), tworzę własną biżuterię z najrozmaitszych i czasem dziwnych materiałów, a także przerabiam swoje ciuchy w różny sposób. Teraz pora na wyjaśnienie tego, co napisałam na początku tego akapitu. O sznurówce powiedziałam już chyba wystarczająco dużo (chociaż jest to zaledwie urywek tego, ile ona dla mnie znaczy), ale co tu robią kredki świecowe i zęby? Spieszę z wyjaśnieniem. 

Bransoletkę nazwałam "Wróżka zębuszka" i składa się jakby z dwóch oddzielnych części. Jedna to nawleczone na gumkę zastrugane czubki od kredek świecowych, a druga to zęby z modeliny. Teraz już się trochę uspokoiłam, ale wcześniej kiedy patrzyłam na tą ostatnią to myślałam sobie tylko "ząbek-koralik-ząbek-koralik", pełna jakiejś ogromej euforii. Tak właśnie wygląda satysfakcja ze zrealizowania projektu, który się stworzyło. Ale projekt to zbyt suche określenie, bardziej nadawałoby się tu "marzenie" - w zupełności oddaje lotność i delikatność tego, co robię. Dlaczego ja to w ogóle piszę? Żeby się pochwalić, pokazać, że jestem ciekawszym człowiekiem od Ciebie? Oczywiście, że nie, nie to mam na celu. Chciałam Wam przybliżyć moje początki z rękodziełem, żeby pokazać, że wcale nie było mi łatwo, droga nie prowadziła prosto do tego, co teraz robię i wciąż się uczę. Mam po prostu na myśli to, że jak sama nazwa wskazuje: DIY - zrób to sam, czyli każdy się do tego nadaje, wystarczy odrobina zacięcia. Z kolei sens takiego przedsięwzięcia wyjaśnię krótką historią. Kiedyś będąc na zakupach zobaczyłam w sklepie fajne spodenki - jeansowe, z biało-niebieskim ombre. Motyw wtedy bardzo modny, zresztą teraz też ma się nieźle. Pełna entuzjazmu spojrzałam na cenę. 60 zł - tyle widniało na metce. Przetarłam oczy, dalej sześćdziesiąt. Nosz cholera jasna, przecież równie dobrze mogę sobie zrobić takie same. Nie była to obietnica bez pokrycia - jak pomyślałam, tak uczyniłam. Wzięłam swoje stare jeansy, obcięłam do długości szortów i moczyłam konsekwentnie w wybielaczu. Wyszły dokładnie takie, jak te z wieszaka w sklepie. Koszt? Zawrotne 6 zł za wybielacz. 

wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony https://www.facebook.com/NevermindFactory

DIY - czyli zrób to sam, ale też: Zrób coś dla siebie. Ja to tak przynajmniej odczytuję, taka wersja zdecydowanie bardziej do mnie trafia. Skoro robisz to dla siebie, oczywistym jest, że WARTO. Po prostu. Nie będę się tu rozwodzić nad walorami artystycznymi, czy też osobistym rozwojem np. manualnym (które oczywiście są faktem, ale nie to chciałam podkreślić) itd., po prostu chodzi o to, że warto jest zrobić coś dla siebie. Dokładnie coś takiego, jak samemu się, nie tyle zaprojektuje, co ZAMARZY. Taka idea przyświeca mnie - po prostu robię sobie ubrania, czy biżuterię jaka mi się zamarzy. Nie ogranicza mnie moda czy trend, upodobania jakiegokolwiek projektanta, czy oferta sklepu. Wpada mi do głowy jakiś pomysł - nie biegnę do galerii. Siadam przy biurku i jedyny problem jaki mam, to nie czy będą coś takiego mieli, albo czy przypadkiem ktoś już nie wykupił ostatniej sztuki, tylko jak to zrobić, żeby wyglądało jak najlepiej.

Mam nadzieję, że ta notka zainspiruje Was twórczo, tak jak mnie kiedyś kolorowa sznurówka. Chciałabym zaszczepić Wam w głowie myśl o własnym stylu, tworzonym wyłącznie przez Was, myśl o modzie malowanej wyobraźnią.

Wrócę,

Łosiek.

PS. Jeśli byście chcieli to pociągnę temat moich prac dalej, bardzo chętnie napiszę kilka notek 
z tutorialami, albo wstawię jeszcze parę zdjęć moich projektów, dzięki którym może komuś też wpadnie do głowy jakiś kreatywny pomysł.